Wyjątkowa ta zima. Kolekcjonuję puste butelki na kuchennym blacie. Kwaskowa nuta wina równoważy słodycz leniwych dni. Wszystkie sprawy organizacyjne zostawiam na później. Może rozwiążą się same?
Nie mogę przestać przeklinać. Obsesyjnie kupuję nowe buty, nawet tak wysokie, że jestem w stanie wyłącznie w nich stać i to tylko przez kilka chwil.
Na przekór wszystkim chwalę pogodę, nawet w najgorszą pluchę uśmiecham się do świata. Mam dość wiecznych malkontentów z nieustannymi skargami "za gorąco", "za zimno", "za...".
Łapię się na tym, że w nerwowych chwilach bawię się diamentowym pierścionkiem na palcu, pocieram go, obracam, jakby kontakt z jego gładką fakturą dodawał mi jakiejś magicznej mocy, przenosił w inny wymiar. Nie używam słowa "narzeczony", nie oswoiłam się z nim nawet przez pół roku.
Z satysfakcją stwierdzam, że dorosłam przez te kilka lat. Zdałam sprawdzian ze dojrzałości i wiem, że szczerość i emocjonalna otwartość popłaca. Mimo że ostatnie wydarzenia są tak bardzo podobne tych z przeszłości i to podobieństwo uruchamia we mnie lęk - wiem, że nie popełnię tych samych błędów i tym razem zdołam utrzymać przyjaźń.
Jeden kadr z codzienności uruchamia we mnie lawinę myśli.
Siedzę w świątyni lansu. Kobieta obok mnie rzuca na ziemię torbę z monogramem LV, całuje powietrze obok policzków laski w kucyku i uśmiecha się, pokazując wszystkie białe zęby, choć jestem pewna, że za chwilę obgada ją od stóp do głów z koleżanką po fachu. Odwracam głowę od tego przedstawienia. Zerkam przez gigantyczną szybę na jedną z bardziej uczęszczanych warszawskich ulic i jak zwykle w takich chwilach marzę o tym, żeby tak jak ci wszyscy ludzie gdzieś iść, spieszyć się, podążać w wyznaczonym celu, zamiast brać udział w tej chorej, nieszczerej grze. Na pseudo-scenę wychodzi popularna ostatnio celebrytka i przez chwilę udaje jej się przykuć moją uwagę, głównie dlatego, że dostrzegam wyraźnie, że ona tez chciałaby być gdzieś indziej, nie brać udziału w tej plastikowej szopce na sprzedaż. "Ej a słyszałaś, że xxx wywalili?" - dobiega mnie głośny szept, który poprzedza szczeniacki chichot. Ponownie odwracam głowę do świata za szybą i już wiem, w jednej chwili spływa na mnie ta myśl...
Kariera nigdy nie była, nie jest i chyba nie będzie moim priorytetem. Jeśli tak jest, to po co rozmieniać się na drobne? Po co odkładać dla niej to, co naprawdę ważne? A może życie wcale nie jest tak skomplikowane i wystarczy zastanowić się, czego tak naprawdę oczekujemy, a potem zwyczajnie zacząć to robić? W jednej chwili wszystko wydało mi się tak oczywiste i proste i już wiem, mam plan! Nie chcę być laską, która rzuci na podłogę torbę Louis Vuittona i sprowadzi swoje życie do kawy z megapianką w lanserskiej knajpie. Warszawka wciąga, wypacza myślenie, oślepia i ogłusza. Poddałam się temu na chwilę, ale nawet tzw. latte grande ze słodkim syropem w megamodnym miejscu nie uszczęśliwi mnie tak, jak priorytety, które mam w głowie od lat.
Notka awaryjna, przypominajka na wypadek największego zwątpienia.
Uczę się kilku zdań na pamięć. W głowie tworzę trzypunktową listę zagadnień do poruszenia i wkuwam okrągłe, gładkie słowa, którymi zamierzam przekazać mu maksymalnie prosto i maksymalnie trafnie swoje uczucia. W sytuacjach emocjonalnych całkowicie tracę dojrzałość, więc muszę się wspomagać planem sporządzonym w głowie na zimno.
Przeczytałam właśnie calutkie archiwum z 2006, najtrudniejszego mojego w życiu roku i wyciągnęłam kilka wniosków z tej pouczającej ( jak się okazało), lektury.
Nie mam postanowień noworocznych, oprócz jednego: chcę się cieszyć każdą chwilą. Wszystko przeżywać świadomie, z uwagą. Być fair w stosunku do innych i przede wszystkim do siebie.
No i może chciałabym jeszcze być odważniejsza, podjąć wyzwania, o których myślę od dawna, zacząć chodzić na basen, częściej zakładać spódniczki i szpilki, stracić kolejne 5 kg (no moze 3kg), być dobrym przełożonym swojego zespołu, utrzymać wszystkie wartościowe relacje, na których bardzo mi zależy, lansować siebie i pokazywać wszystkim dookoła ze tez jestem zajebista (tak jak robi to 90% mojego otoczenia)...No jednak mam trochę postanowień :)
Cóż za fascynujący początek nowego, niby lepszego, 2012... okazało się, że potrafię siebie sam wprawić w stan osłupienia. Okazuje się, że są emocje,które potrafią spaść na mnie jak wielka czarna płachta, przydusić do ziemi i dławić, dławić...
Oto my noworoczne pierdolniecię. Jakieś 4-5 lat temu po raz pierwszy i jedyny w życiu poczułam się zdradzona. Poznałam, jak ohydnie trudne to uczucie i jak bardzo nie chcę, by kiedykolwiek znowu na mnie spadło. Dziś, kiedy usłyszałam tuzin kłamstw, garść pominięć prawdy i szczyptę przemilczeń nie wiem, co boli mnie bardziej- czy klasyczny książkowy motyw pt. "on woli ją" czy właśnie to, że czuł, że musi mnie okłamać.
Z perspektywy czasu wiem, że te 4-5 lat temu nie miałam prawa do zazdrości i poczucia zdrady, czy dziś mam?
I czy weryfikować znaczenie słowa "przyjaciel" czy zwyczajnie odwrócić głowę, a potem, gdy łaskawie zechce wypić wspólnie kawę udawać, że wszystko ok?
Jestem w permanentnym osłupieniu, że aż tak mnie to ruszyło.